Dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu( ktoś zapłacił za uczestnictwo ale się nie zjawił, teraz mam karmicznego długa) miałem okazję wziąć w ten weekend w konferencji "Duchowa Alchemia: Zaślubiny alchemiczne we współczesnych tradycjach magicznych".
A przynajmniej w części. Wykłady i warsztaty odbywały się w sobotę i w niedzielę w hotelu Royal. W sobotę udało mi się tam znaleźć dopiero o godzinie 16, niedzielę spędziłem już całą słuchając wystąpień. Tutaj macie program całego wydarzenia. Napiszę o moich wrażeniach.
"Zaślubiny alchemiczne: Narodziny Feniksa(rytuał)"
Na początku przyswoiliśmy dwa zaśpiewy(trudny i łatwy), których mieliśmy używać w odprawianym rytuale. Sama ceremonia składała się przede wszystkim z wizualizacji prowadzonej przez p. Crowleya. W wyobraźni zbudowaliśmy świątynię z ołtarzem o atrybutach jakie wydają mi się wiccańskie, następnie odbyliśmy podróż przez pustkowie na górę z której podążyliśmy za Feniksem do słońca. Brzmi to głupio ale wyobraźnia jest wymiarem gdzie takie rzeczy da się robić i głupio to nie wygląda:) Celem wizualizacji było uzmysłowienie sobie czego potrzebujemy dla siebie i czego pragniemy dla naszego państwa, bo to co zobaczyliśmy mieliśmy umieścić na niedokończonym obrazie Feniksa, który naładowany energią naszych pragnień miał wzbudzić w narodzie czy krainie moce twórcze. Po przelaniu na obraz naszych wyobrażeń i krótkiej przerwie tańczyliśmy w kręgu śpiewając wcześniej zapamiętane zwrotki. Był poplątany korowód i wogóle. Choć mam wielkie problemy z określeniem o jaką moc ludziom chodziło gdy o niej mówili muszę przyznać, że wszystkie czynności wzmogły we mnie skupienie, odczuwanie emocji i poziom aktywności fizycznej. Mimo, że opisane przeze mnie brzmi to banalnie było dla mnie bardzo ciekawym i przyjemnym doświadczeniem.
"Hermetyzm i Świątynia Feniksa(warsztat); Enochiańska magia Jhona Dee: Otwarcie Bramy Płomienia(rytuał)"
Szczerze powiem, że warsztatu nie pamiętam. Wedle moich wspomnień zaczęło się od razu od wprowadzenia do tego czego poszukiwał Dee a następnie rytuału. Dee, jak się zdaje był mistykiem poszukującym kontaktu z wyższymi światami. Odprawiliśmy rytuał jego autorstwa. Sama ceremonia była podobna do wcześniejszej lecz niewiele. Krąg, centralnie położony ołtarz i orientacja na żywioły ustawione na róży wiatrów to jedyne co je łączyło. Mag i asystentki mówili przez większość czasu po enochiańsku, za wyjątkiem wstępu kiedy została zaprezentowana także kapłanka wraz z celem rytu, jakim było osiągnięcie wszechwiedzy przez scalenie pierwiastka męskiego i żeńskiego i końca w dialogu między magiem a kapłanką. Dwie rzeczy były pobudzające w tym seansie: ruchy wykonywane przez nas podczas modlitwy i wino wiśniowe/kwintesencja mądrości/eliksir sowy +5 do mądrości i + 50 do renomy tawerny.
"Tarot i Alchemia(wykład)"
To dopiero była ciekawa rzecz. Może trochę z innego punktu niż zamyślił sobie prelegent, ale pal licho. Rzecz była o podobieństwach między tarotem i alchemią na płaszczyźnie rozwoju historycznego oraz w teorii przemiany psychicznej. Obie tradycje miały początkowo wywodzić się z rzeczy dość ordynarnych, jedna z gry karcianej, druga ze sztuki jubilerskiej. Jednak wraz z biegiem czasu, jeden mistyk nadał interpretację figurom kart a egipscy uchodźcy zostali skojarzeni z cudami i fachem jubilerskim. W czasach już bliższym nam, bo w XIX i XX w. obie sztuki miały zacząć służyć przede wszystkim rozwojowi świadomości. Udowodnieniu tego twierdzenia posłużyła analiza graficzna kart tarota i rycin alchemicznych. Porównując wyobrażenia na kartach i przedstawienia w alchemicznych księgach prelegent pokazywał, że zasób symboliczny jest ten sam, przez co sposób ich odczytania może być bardzo zbliżony. Dla mnie trochę naciągane zważywszy na tradycję przedstawiania figur tarota i możliwe rozłamy w tradycjach alchemicznych. Ale mogę się mylić, wiedzy może mi nie starczać. To co mnie najbardziej zaciekawiło to fakt, że obecnie oba systemy służą samorozwojowi psychicznemu. Przemianie umysłu, są soteriologiczne a przez to ważne z punktu widzenia moich zainteresowań.
"Odrodzenie neopogańskie- podsumowanie historyczne, socjologiczne i psychologiczne (wykład)"
Ta prezentacja była naprawdę ciekawa. Przedstawiała genezę pogaństwa w Wielkiej Brytanii, powody renesansu tej formy duchowości oraz dynamikę relacji między grupami ją reprezentującymi i Chrześcijaństwem. Nie było to dla mnie nic nowego, na innych konferencjach poświęconych pogaństwu zawsze się ten temat przewija, niezmiennie mnie on jednak pociąga. No i prowadząca była wspaniała. Nie dość, że wyglądała jak typowa, bajkowa wiedźma to prezentowała świetne poczucie humoru.
"Amrita albo Wyprawa po Eliksir Nieśmiertelności (wykład)"
To byłby świetny temat na prelekcję ale w tym wykonaniu wyszło to tak: wiele różnych rzeczy ze wspólnym mianownikiem płynu zapewniającego wieczne życie. Ludzie zasypiali na tym wykładzie. Albo przez ciśnienie albo bo to było zaraz po lunchu i ciśnienie albo przez to, że był nudny, ciśnienie i przez porę po lunchu. Za mną kobieta położyła się na 3 krzesłach. Ja sam rozważałem włączenie drogiego internetu w komórce i surfowanie!
"Zręby logiki budowy współczesnego rytuału, z przykładem z Liber Samekh (warsztat i rytuał)"
Warsztatu nie było bo zabrakło czasu. Był rytuał z cudnym, humorystycznym wprowadzeniem, z informacją o pół amatorskim charakterze rytu, ze względu na przetasowania prowadzących zaraz przed jego rozpoczęciem. To humorystyczne wprowadzenie i ogólną miłą atmosferę zawdzieczaliśmy tej samej wiedźmie, która omawiała historię i rozwój ruchu pogańskiego w Wielkiej Brytanii. Mimo, że zaklęcia były także po części w zupełnie kosmicznym języku ta ceremonia była wielce udana bo nawigowaliśmy wedle wcześniej ustalonych znaków prowadzącej. Jak prowadzeni przez policjanta z lizakiem to chodziliśmy w koło to zwracaliśmy się w którąś stronę i czytaliśmy rozwijany przez asystenta rulon z tekstem. Logika rytuału miala być prosta: krąg, centralny ołtarz, cztery strony świata.
Całość oceniam na mocną czwórkę. Przez tę nieszczęsną amritę. Polecam Wam uczestnictwo w takich zgrupowaniach. Choć z zewnątrz może to wyglądać naprawdę srogo zabawnie to w tych wszystkich rzeczach da się spokojnie odnaleźć różne, prawomocne sensy. No i ludzie to ludzie, jak są mili to nie ma wyjścia i nie da się źle przy nich bawić:)
Wytrwaliście tak długo, że dostaniecie prezenty. Dwa przepisy kulinarne bieda-studenckiej-quasi odpadkowej kuchni.
To są pieczone buraki z sosem i kaszą. W tym konkretnym przypadku wersja lux-bling-bling. Kasza to pęczak, buraki to pokrojone w grube plastry umyte buraki a sos... sos to poezja, jak mawiali starożytni. Wszyscy wiemy jak ugotować kaszę- wedle przepisu na opakowaniu. Buraki się piecze w jakichś 170-180 stopniach od 15 do 20 minut, tak żeby były w miarę miękkie. A sos...
Ech... małmazja. Sos jest piwny. Każdy piwny sos to magia. Taki jak na zdjęciu robimy z zasmażki, butelki pszenicznego piwa, zmielonej czy roztłuczonej kolendry, cukru, soli i sosu do sałatki w proszku ziołowo-koperkowego, zwanego także polskim. Polecam. Jeśli zjecie popołudniem, już wieczorem wasza wizyta w toalecie może okazać się "krwista":D
A to taki smaczny banał. Ugotujcie fasolkę szparagową, taką posypcie solą i pieprzem, połóżcie na to resztkę zółtego sera, jaką macie w lodówce, zapieczcie w piekarniku kuchenki mikrofalowej. Dobrość. Niewysublimowane ale smaczne.